MOJA PRZYGODA Z RYSOWANIEM

Tym razem post bardziej biograficzny. Opowiem wam po krótce, jak się rozwijałam artystycznie. Przekonacie się, że na początku wcale nie byłam mistrzem kredki i ołówka. Systematycznie szlifowałam i nadal szlifuje swój warsztat, ponieważ jeszcze długa droga przede mną. Nie mniej jednak, czegoś już się nauczyłam, więc, jeśli jesteście ciekawi jak rozwijały się moje zdolności, zapraszam do dalszego czytania.

1. Zanim jeszcze poszłam do szkoły…
….już wtedy baaaardzo dużo rysowałam. Naprodukowałam niezliczone ilości kolorowych rysunków zwierząt, ludzi, obrazków w stylu „wspomnienia z wakacji” itp., itd. Do dzisiaj moi rodzice mają pochowane w najróżniejszych teczkach i segregatorach moje rysunki od początków mojej „kariery” artystycznej.

2. Podstawówka

Jak się pewnie domyślacie, zapał do rysowania, wcale nie spadł, mimo pójścia do szkoły. W tamtym okresie pamiętam przerysowywanie różnych ilustracji z książek dla dzieci, które czytałam wraz z moją opiekunką. To był też czas kiedy pojawił się „Prosiaczek i przyjaciele”. Byłam niesamowicie zainspirowana tą bajką, ponieważ Prosiaczek prowadził pamiętnik w formie rysunków, więc postanowiłam, że odtworzę jego dziennik. Inną fajną rzeczą, którą pamiętam to kalendarz z Reksiem, który narysowałam i dokładnie wypisywałam wszystkie miesiące oraz dni. Generalnie, wszelkiego rodzaju bajki były takim moim punktem wyjścia do większości rysunków. Tak jak teraz nie oglądam telewizji, to w podstawówce siedziałam przed moim małym telewizorkiem cały czas. Może gdyby nie to, moja wyobraźnia nie rozwinęłaby się, w takim stopniu.

Kolejną ważną rzeczą z tych lat była książka „ABC rysowania”, którą dostałam od mojej ukochanej matki chrzestnej. Ogólnie cała rodzina miała nosa do mojego zainteresowania. Na każdym kroku pomagała mi się rozwijać artystycznie, poprzez kupowanie przeróżnych kredek, pasteli czy chociażby ww. książek do rysowania. Na komunię nawet dostałam od najbliższej cioci i wujka sztalugę! Tak, zdecydowanie moja rodzina jest ekstra!

W 3 klasie podstawówki rodzice doszli do wniosku, że warto, abym poszła na jakieś zajęcia z rysowania. „W końcu jak tak mi dobrze idzie, to dlaczegoby nie udoskonalić jeszcze moich umiejętności?” Pewnie tak sobie myśleli. Z moją lekką obawą, poszłam z mamą na pierwsze zajęcia w domu kultury. Cóż mogę powiedzieć, tak bardzo zakochałam się w tych zajęciach,
a przede wszystkim w niezwykle sympatycznej Pani prowadzącej, że póki czas mi na to pozwala, przychodzę po dziś dzień chociażby, żeby pogadać sobie z Panią Krysią. Klasy 4-6 raczej spędziłam na rysowaniu zwierząt i to głównie kredkami. Byłam nimi niesamowicie zafascynowana. Nie tylko pod względem rysunkowym, ale też całościowo. I tak jakoś minęła rysunkowo ta podstawówka. Pamiętam też mój pierwszy szkicownik, w którym jakoś pod koniec szkoły podstawowej rysowałam całkiem sporo postaci z Pokemonów. To była moja pierwsza przełamka do rysowania ludzi, których wybitnie nie lubiłam rysować.

3. Tzw. „Gimbaza”

Rysowałam nadal. Na zajęciach zaczęłam odkrywać coraz to nowe techniki tj. akwarele, akryle, pastele suche, olejne, sepia czy węgiel. Jednak ,mimo wszystko, nadal najbardziej lubiłam kredki. Miałam wtedy bardzo dużo cierpliwości do rysowania. Potrafiłam męczyć kredkami jedną prace na A3 przez +/- 20 h. Skupiałam się wtedy baaaardzo mocno na rysowaniu przeróżnych tworów fantasy, najróżniejsze pejzaże z zamkami, postacie, stworki, rycerze. To był mój chleb powszedni. No, ale co się dziwić.. wychowywałam się na Heroes III i V, League of Legends czy Baldur’s Gate, musiało to się jakoś na mnie odbić. Z moim bratem dużo graliśmy, a „Władcę Pierścieni” obejrzeliśmy po kilkanaście razy.
Myślę, że wtedy właśnie wykształtowały się moje rysunkowe preferencje.

img_5386

4. Liceum

Dość istotny etap w moim życiu. Zaczęłam się przekonywać do rysowania ludzi „zwykłych”, wcześniej tylko czarodzieje, rycerze i człekopodobni. Wtedy też zdecydowałam, że pójdę na ASP w Gdańsku. Na początku myślałam o grafice, później padło na malarstwo. W liceum bardzo polubiłam malowanie farbami, głównie akylami, w mniejszym stopniu akwarelami. Wtedy również za poradami rodziców i bliskiej rodziny poszłam na dodatkowy kurs rysunkowo-malarski, ukierunkowany na przygotowanie do egzaminów na uczelnię artystyczną. Ile ja się narysowałam i namalowałam martwej natury. Masakra, okej butelki, garnki spoko. Nauczyłam się dużo o kompozycji, „łapaniu” proporcji i budowaniu głębi,
ale wiecie, czasem miło byłoby narysować/namalować coś innego. Nie mniej jednak, dzięki rysowaniu modelek na dużym formacie, jeszcze bardzej przekonałam się do rysowania ludzi. W liceum także zaczęłam próbować swoich sił w digital arcie. Coś tam próbuje, ale jeszcze nie czuję się do końca pewnie w tych wszystkich rysunkowych programach.

5. Studia- czyli to co się dzieje obecnie.

Projektowanie graficzne jest naprawdę ciekawym kierunkiem. Wielu rzeczy można się nauczyć, dzięki różnorodności i wielokierunowości przedmiotów. Staram się jak najwięcej sama wymyślać. Czas kopiowania rysunków powoli się kończy. Trzeba w pewnym momencie, jeszcze bardziej rozbudzić swoją wyobraźnię. Miłość do fantastyki nadal jest ogromna i w przyszłości chciałabym pójść w tym kierunku. W mojej głowie jest obecnie mnóstwo pomysłów na wszelakie rysunki, w tym wiele komputerowych i mam nadzieję, że wszystko pójdzie dobrze, a mój zapał do rysowania, który został podwójnie podniecony przez pójście na ASP, nigdy nie wygaśnie.

Pozdrowionka
Karola